Skip to main content

Biwak 17-19.05.2024 Początki bywają trudne, jednak nie powiedziałbym tego w tym przypadku. Zaczynając współpracę w ramach projektu Kujawsko-Pomorskiej Szkoły Liderów Młodzieżowych, mimo dużego stresu, pierwszy majowy biwak zakończył się ze zdecydowanie odczuwalną dobrą atmosferą, ponieważ relacje z innymi nawiązałem dość szybko.

Dobrze, ale dlaczego tak nam łatwo przyszło to przełamanie lodów? Otóż dużo się działo jak na pierwsze 3 dni!

Już opowiadam: Pierwszego dnia, czyli w piątek w godzinach popołudniowych zaczęliśmy się zjeżdżać na pasiekę w Lubodzieży. Maksiu (radosna psina) podbiegał machając wesoło ogonem do nowych towarzyszy. Pierwsze rozmowy przy rozgrzewającej kawce (lub herbatce), jak i zajadanie się paluszkami od razu dodały nam energii do pierwszego bojowego zadania-czyli rozłożenie namiotów.

Powiem wam, że było widać, kto się znał na tym, a kto nie. Ja zaliczałem się… no cóż, niestety do drugiej grupy. Jak to mówią: pierwsze koty za płoty, zdecydowanie nie poszło nam źle. Biedny Filip niestety zgubił róg kołdry w pościeli i siłował się z pierzyną 10 minut… Nieumiejętność rozkładania namiotów to pikuś w porównaniu do niewspółpracującej kołdry. Niby tylko rozkładanie i siłowanie się ze złośliwymi rzeczami martwymi, a zleciało bardzo dużo czasu, bo już powitał nas chłodny wieczór.

Ognicho, zupa herbaciana w garnku, oraz kiełbaski. Idealny wieczór. Zagadaliśmy się, do 23: 00, czyli poszło wszystko perfekcyjnie, skoro straciliśmy rachubę czasu, gdy beztrosko przygotowywaliśmy się przed następnym dniem. Ja byłem trochę przerażony tym, ponieważ atrakcja była dosyć nietypowa. Jakaż to atrakcja, która aż wywoływała adrenalinę? Zaraz powiem! Tylko uczcijmy tym wcześniej słowem hołdu dla pysznych bułeczek przygotowanych przez Magdę i Adriana (późniejsze wydarzenia uwzględniają ten pyszny fakt) Po zdecydowanie ciężkiej nocy (jak na pierwszy raz w życiu spanie pod gwiazdami i płachtą materiału w moim przypadku, bo jedynie połowa z nas spała wcześniej w namiocie) nadszedł dzień drugi obozu. Ja wstając chyba najwcześniej, zauważyłem już zapoczątkowanie porannego krzątania. Po kolei następne śpioszki wchodziły do domku i zasiadały przy gibającym się stoliku wypijając rozgrzewająca herbatę. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, a gdy reszta się dobudziła, to przenieśliśmy się do pokoju gdzie stał większy stół, by wszystkich nas pomieścić. Byłem głodny jak wilk, a na szczęście bułki przygotowane dzień wcześniej przez naszą ukochaną parkę spoczywały od razu czekając na spożycie. Posiliłem się i od razu byłem żwawy do ruszania na bagna. Brzmi to dziwnie, że wspominam to z entuzjazmem.. Ale co kto lubi. Porozmawialiśmy o planie dnia, a następnie każdy poszedł przygotować się na wyprawę (zapakować ubrania na zmianę, oraz drugie śniadanie). Nasza podróż zaczynała się od rana, a kończyła po południu w naszych przewidywaniach (oraz rzeczywiście tak było) Około godziny 9 zapakowaliśmy się do samochodów i ruszyliśmy, droga nie była zbyt długa, jednak wszystkim towarzyszyły w tym czasie różne emocje: strach, ciekawość, radość, niepokój – bomby emocji, nawet nasi opiekunowie mieli różne myśli. Po przyjeździe poznaliśmy naszego przewodnika, który przedstawił nam się, jako „Ziomek”. Ziomek był pogodny i uśmiechnięty, a jego mottem podczas całej wyprawy było hasło „będzie jeszcze gorzej”. Na początku było spokojnie, gdyż spacerowaliśmy przez las jednak długo nie musieliśmy czekać na pierwszą styczność z żywiołem. Po kolei wszyscy wchodzili do wody, na szczęście nie jakoś głęboko, gdyż maksymalnie sięgała nam do kolan. Powoli ruszyliśmy w przód. Muszę wspomnieć o naszej podstawowej zasadzie na bagnach, czyli „najpierw ratujemy najstarszego faceta z brodą”, oczywiście wszyscy się jej trzymali. Pierwsza styczność z błotem wydawała nam się dość trudna gdyż od razu było się całym wysmarowanym jednak po chwili można było się obmyć i iść dalej do przodu. Kolejną przeszkoda był tunel, oczywiście wszyscy pokonali go dość sprawnie. Zaledwie kilka kroków dalej była kolejna przeszkoda, przez którą wszystkim telepały się nogi. Trzeba było przeprawić się na druga stronę strumyka poprzez spacer po obalonym pniu drzewa. Każdy miał swój sposób na przejście, co niektórzy szli na dwóch nogach a inni wybierali bardziej stabilne sposoby – Wszystkim się udało i nikt nie spadł. W tym momencie wypadałoby przytoczyć słowa ziomka – „będzie jeszcze gorzej”. Rzeczywiście w tym momencie nastał chyba jeden z najtrudniejszych elementów podróży. Idealnie ten element wyprawy opiszą słowa „ nikt by nas nie poznał„. Każdy wyglądał inaczej przez błoto, które oblepiło nas od stóp do głów. Adrian miał całą twarz usmarowaną, Witek miał na twarzy niewielkie plamki, a broda Marcina nie przypominała brody, podobnie dredy Antka. Przeprawa przez zimne bagna była dla każdego z nas trudna. Przecież nie codziennie skacze się do bagna na klatę, ale dzięki pracy zespołowej wszyscy dotarli na brzeg (podawaliśmy sobie pomocną dłoń). Nastał ostatni element przeprawy przez bagna, czyli odcinek zwanymi ciepłymi bagnami – nie były aż takie ciepłe jak myśleliśmy, że będą. Tutaj trzeba było przezwyciężyć kilka lęków na raz, gdyż podczas przeprawy, gdzie musieliśmy iść na czworaka mijaliśmy pająki, żaby oraz pijawki. Tym elementem zakończyliśmy nasza przeprawę i na spokojnie wróciliśmy do punktu, z jakiego ją rozpoczęliśmy. Po obmyciu się w jeziorze wszyscy udaliśmy się pod ciepłe prysznice (była to najprzyjemniejsza kąpiel w naszym życiu). Co niektórzy sięgnęli jeszcze po przepyszne drożdżówki.

 

Wyczerpujące doświadczenie, ale warte przeżycia. Pomimo dużego zmęczenia stwierdziliśmy, że w czasie wolnym poodbijamy piłkę do siaty. Od razu wyskoczyłem z namiotu po usłyszeniu propozycji spędzenia tak naszego wolnego czasu, bo wykorzystywanie takich chwil jest najważniejsze, a wolny czas posiadaliśmy tylko wieczorem (tak żeby dłużej porobić coś dla siebie, albo pogadać). Nadszedł też i wspomniany wieczór. Trochę wcześniej skończyliśmy rozmowy niż dzień temu, ale i tak były bardzo miło prowadzone.

Spanie na drugi dzień w moim odczuciu wypadło zdecydowanie lepiej. Może też, dlatego, że była troszkę cieplejsza noc. Weekend mija, jak i mija nasz pobyt na wiosce. Pierwsze co po pobudce, to każdy w pośpiechu chował namioty, ponieważ denerwował nas przelatujący deszcz. Śniadanko, chwila gadaniny oraz spraw organizacyjnych. W ten dzień zawitała do nas pani psycholog i wiedziałem, że dzięki rozmowom z nią będzie nam w grupie o wiele raźniej i się lepiej poznamy. Tak i też było, po kilku godzinach pracy i przerwie na słodkości, i po obiedzie efekty końcowe były cudowne – każdy się rozluźnił i nie było już takiego, nowopoznanego spięcia, (bo wiadomo jak to na początkach jest). Mimo iż od początku się dogadywaliśmy, to ja mam wrażenie, że te ćwiczenia bardzo się przydały i zacieśniły nasze więzi.

Co dobre nigdy nie trwa wiecznie, ALE Z PEWNOŚCIĄ WRACA. Niestety powrót do domu po tych 3 dniach był bardzo dziwny, ale z niecierpliwością wyczekujemy w kalendarzu końcówki czerwca, aby znów się spotkać!

Leave a Reply